Blog osobisty

Za co lubię okres przedświąteczny?

Za co lubię przygotowania świąteczne? Najprościej rzecz ujmując za atmosferę oczekiwania, obmyślania prezentów i ich opakowań (mamy w domu od jakiś paru lat konkurs na najciekawsze przystrojenie prezentów), za ten dreszczyk emocji i niepewność jak wszystko wyjdzie, za codzienne roraty o 6:30, za przygotowywanie ulubionych przeze mnie iluminacji świątecznych, i przede wszystkim za ckliwe i trochę tendencyjne, sądzę, filmy świąteczne. Najmniej przepadam, z resztą jak większość z nas, za samymi porządkami, myciem okien itp.

Wracając do rzeczonych filmów świątecznych… Mamy również wśród rodzeństwa niepisaną tradycję, że zaczynamy je oglądać od 6 grudnia. Niezaprzeczalnym hitem i numerem jeden wśród wspomnianych filmów jest brytyjska komedia z Hugh Grantem: „To właśnie miłość”. Uwielbiam brytyjski humor, tyle w nim nieoczywistości, uszczypliwości i przede wszystkim sarkazmu. Ponadto obok ironii jest też miejsce na romantyzm w każdej postaci. Niejednokrotnie zdarzyło mi się autentycznie wzruszyć.

W okresie przedświątecznym tego typu filmów jest na pęczki, jedne są całkiem ambitne, może za duże słowo, ale obsada, fabuła czy sposób nakręcenia warte są obejrzenia. Są też filmy wyjęte żywcem z Harlequina. Im więcej „ochów’ i „achów” tym lepiej, niestety brak w nich autentyczności. Domy, stroje głównych postaci i sposób mówienia są nienaganne, nie ma w nich miejsca na brzydotę. A przygotowania świąteczne robi się w szpilkach, z ułożoną fryzurą i starannie zdobionymi paznokciami. Najmniej,  podobają mi się polskie komedie romantyczne (niestety muszę to przyznać, zwłaszcza, że bardzo lubię chwalić się naszą rodzimą produkcją), nawet te z okresu około świątecznego. Mam wrażenie, że na siłę próbuje się z nich zrobić komedie w stylu zachodnim, ponadto są zupełnie odrealnione. Pomimo tego i tak w tym okresie fajnie się je ogląda.

Co bym przeniosła z tych filmów na prawdziwe życie? Może to, że okres adwentu, choć w tych filmach tak go się nie nazywa, jest bardziej radośniejszy. U nas jest niestety przeogromny stres związany z porządkami, prezentami i rozmyślaniem czy na wszystko wystarczy środków. Rzadko spotykamy się w tym czasie z rodziną, z przyjaciółmi. Więcej narzekamy, że znowu narobimy się po łokcie a nikt i tak nie będzie jadł naszych smakołyków, lub wręcz odwrotnie, że całe święta toczyć się będziemy z przejedzenia.

Co z kolei przeniosłabym z naszej codzienności do omawianych filmów? Może to co jest najistotniejsze w tym czasie. Taka refleksja nad tym co się wydarzy 25 grudnia, co dla nas katolików to oznacza. Nie wiem jak jest w większości polskich domów, nie chcę też wyjść na hipokrytę, że nie ma u nas szaleństwa świątecznego. Owszem jest! Aczkolwiek staramy się przygotować też duchowo do tych Świąt, chociażby przez uczestnictwo w roratach czy rekolekcjach, a także, choć nie zawsze to się udaje, przez jakieś wyrzeczenia adwentowe. Takie oderwanie Bożego Narodzenia od okresu przedświątecznego widać również w nazewnictwie tych świąt. Anglosasi niekiedy zastępują słowo „Christmas”, słowem „Holiday”.

Jak przyznałam wcześniej, podsumowując wszystkie plusy i minusy filmów świątecznych, bardzo lubię spędzać czas na oglądanie ich, zwłaszcza ze swoim rodzeństwem. Co by nie mówić, jakoś przybliżają nam atmosferę świąteczną, dają nadzieję, że miłość zawsze przezwycięży zło, są trochę oderwaniem od szarej rzeczywistości. Lepiej chyba z uśmiechem przetrwać okres żmudnych przygotowań świątecznych.

W okresie przedświątecznym lubię też, że on po prostu jest. Święta tak szybko mijają, że niekiedy brakuje czasu na przemyślenia, zadumę. Dlatego starajmy się adwent przeżyć jak najlepiej i jak najowocniej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *